sobota, 16 grudnia 2017

Tutorial - zrób sobie choinkę

Choinkę można samodzielnie kupić, albo samodzielnie zrobić. Wybór należy do nas.
Po dzisiejszym poszukiwaniu odpowiedniego drzewka świątecznego stwierdziłam, że taniej i szybciej będzie własny hand made.
Oto dowód.
Na dzisiejszą sobotę zaplanowałyśmy z dzieckiem starszym zakup choinki. Pora jakby najwyższa, bo za tydzień to ja raczej w garach będę tkwiła i czasu na zakupy drzewianne mieć nie będę.
Wyjechałyśmy z domu o godzinie 11:00. Wróciłyśmy o 13:30...
Dwie i pół godziny szukania chujaka to naprawdę ciut za wiele jak na nasze nerwy!
Nie to, że my takie kapryśne, tylko nie było w czym wybierać.
Wszędzie świerki były albo za wielkie (4 i pół metra to jakby więcej niż nasze wymagane 2 i pół na maksie), albo za małe (1 metr, w porywach półtora to nadal za mało).
Jeśli już spełniały wymagania wysokości i szerokości w biodrach (szersze dwa razy niż my obie z Chudą razem), to igły miały jakby żółte. Albo gałązki zwiędnięte (cięte w październiku były, albo co...).
Do ostatniego punktu sprzedaży drzewek nazwanym przeze mnie "lest czens" (ostatnia szansa) dotarłyśmy mocno zniechęcone, zmarznięte i zniesmaczone.
Weszłyśmy na placyk i... I obie wystartowałyśmy do tej samej choinki. Obie na raz złapałyśmy ją w objęcia. Bez słowa. No prawie. Bo ja się wydarłam konkretnie:
- HALOOO! CZY KTOŚ TU JEST OD TYCH CHOINEK???
Pan był i wychynął zza igliwia.
- Czy może pan potrzymać choinkę, żeby córka oceniła, bo potrzebuję wsparcia?
Pan się chętnie zgodził i potrzymał.
Pokiwałyśmy z Chudą zgodnie głowami, pan zapakował chujaka w siatkowego kondoma, a potem wrzucił zgrabnie do samochodu, inkasując wcześniej należność.
Co nas aż tak urzekło w zwykłym świerku?
SZYSZKI! Wielkie! Prawdziwe, długie, świerkowe. I wyglądają tak, jakby je ktoś specjalnie powiesił na jednej wysokości dookoła całej choinki.
Czegoś takiego jeszcze nie widziałyśmy, bo i siłą rzeczy nie miałyśmy!
Przemarznięte, ale nieziemsko szczęśliwe, wróciłyśmy do domu, po drodze napawając się niesamowitym zapachem świerku.
Kiedy już odtajałam i zdarłam z siebie warstwę zmarzliny stwierdziłam, że  w sumie to szybciej i taniej byłoby zrobić sobie samemu chujaka. Zwłaszcza, że wszystkie potrzebne materiały mam w domu.
I tak, niewiele myśląc, ruszyłam najpierw do komórki, a potem w ogród własny.
No to teraz przystępujemy do działania.
Rzeczy niezbędne do wykonania własnej choinki:
- nożyce do blachy/drutu
- siatka metalowa (taka cienka, sześciokątna - dostępna w każdym markecie budowlanym za grosze)
- sekator ogrodowy
- krzaczor z igłami do cięcia (u  mnie tzw. "kłujak",  czy jak mu tam jałowiec srebrny płożący)
- pieśni radosne, świąteczne

Zaczynamy od wyprawy do komórki i wychapania nożycami do blachy kawała siatki.
Wracamy do domu. Bierzemy sekator i idziemy zrobić ciachu-ciachu jałowcowi. Na oślep, bo ciemno jak w... No... Każdy wie jak w czym.
Tniemy tak mniej więcej karton gałązek:


Wracamy do domu.
Odpalamy świąteczną muzę i radośnie fałszując robimy z drutu stożki imitujące kształt choinek:

Następnie w dziury siatkowe wtykamy gałązki.
Oczywiście nie zapominamy o radosnych pieniach wespół w zespół z muzą odtwarzaną na czymkolwiek ;-)
I po kilkunastu minutach mamy chujaka większego, około półmetrowego:


A ponieważ mamy drugi stożek, zapał do roboty i muza dalej rżnie na całego, robimy drugą. Ciut mniejszą, ale od razu ozdabiamy szyszuniami:

No! Gotowe! Szybko idzie i ładnie pachnie :-)
W dziurki stożków można wtykać nie tylko jałowiec, ale i inne zimozielone chabazie.
Do dzieła! Zabawa fajna, efekt szybki i pachnący.
Polecam :-)
U mnie powstanie tych choinek jeszcze więcej, bo nie żałowałam sobie ani w cięciu siatki, ani w chapaniu jałowca :-D

niedziela, 10 grudnia 2017

Szybkoszyjki część 1

Co to są szybkoszyjki?
Ano jak sama nazwa wskazuje - takie rzeczy, co się szybko szyją.
Tak też było w przypadku dwóch poduch, które stworzyłam wczoraj.
Tempo miałam niezłe - od odebrania przesyłki z panelami, do umieszczenia gotowych poduszek w tzw. głównym pokoju (vel salon) minął jeden dzień!



Jak widać, również one są idealnie wpisane w jedynie słuszny, obowiązujący u mnie w domu w tym roku, klimat granatowo-srebrny.

Jak nigdy nie miałam dylematu i zawahań w doborze szmatek. Pewnie dlatego, że chomiki materiałowe nie mają z tym większych problemów, bo mają w czym wybierać.
Wszystkie szmatki idealnie wpisały się w klimat cudnych paneli odkupionych od okko  na fejsbukowej grupie sprzedażowej.

Piknęłam je na srebrno (bo jakby inaczej!)
Choinki i śnieg pod karetą z wolnej ręki:

Natomiast rameczkę metodą  "na leniucha", czyli wykorzystałam jeden z setek wzorów ozdobnych mojej Miss Mercedes:


Na zdjęciu jest fragment jednej poduchy. Druga ma na ramce pikowanie w ślimaczki, również będące "wbudowanym" wzorem.

No cóż - jestem bardzo zadowolona z nowych ubranek na poduszki "salonowe".
A zwłaszcza z tego, że tak szybko się uszyły :-)

Teraz tworzę kolejną szybkoszyjkę. I nie jest to poduszka ;-)

Ps: zdjęcia oczywiście autorstwa mojego zawodowca, czyli Joanny :-)

niedziela, 3 grudnia 2017

Drobiazgowe zaległości

Ło matko z córkom! Ani jednego wpisu w listopadzie!
Ależ się opóźniłam i zaniedbałam!

Co mam na swoje usprawiedliwienie?
Niewiele. Dwa słowa: notoryczny niedoczas!
Gdyby za czas wolny płacono gotówką, byłabym bankrutem :-D
No nic to. Czasem jakąś tam chwilkę łapałam i szyłam pierdołki i drobiazgi.
I się zebrały te drobiazgi w zaległości.

Zacznę od tego, co uszyłam tak zwanym rzutem na taśmę, czyli kalendarz adwentowy dla moich sssstrasznie starych, ale niezmiennie hodujących w sobie dziecko wewnętrzne, córek.
Panel kupiłam na początku listopada i ciągle wydawało mi się, że czasu na uszycie to ja mam hohoho! A może i więcej ;-) Wprawdzie moje dziewczyny mają już jeden kalendarz, który uszyłam jakieś dwa-trzy lata temu, ale doszłam do wniosku, że może czas na małą zmianę.

Aż tu nagle, w ubiegłą niedzielę, dodarło do mnie, że czas to mi się skurczył do bólu i kalendarz muszę uszyć JUŻ i NATENTYCHMIAST, jeśli ma być użyty od razu, po bożemu, pierwszego grudnia.
Sprężyłam się i dałam radę!
Oto on:

Wypikowałam na szybciora, lotem nawalonej pczoły.
Górę nitką metalizowaną złotą, a dół metalizowaną srebrną:




Ufff! Dałam radę i kalendarz godnie pełni swoją funkcję od 1.12 :-D

To nie jedyny kalendarz, który powstał u mnie w tym roku.
Drugi, a według kolejności szycia, pierwszy był ten:


Ten mogę nazwać wielbłĘdem, bo się machnęłam przy szyciu. W sensie, że nie poczytałam przed cięciem instrukcji szycia, tylko podziabałam wszystkie kieszonki jak leci, a potem je przyszłam.
A to nie tak miało być! O nie! Trzeba je było ciąć w poziomie i przyszywać jak pan Bóg przykazał od 1 do 25. Trochę się zdeprymowałam, bo doczytałam po niewczasie, ale potem wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że wielbłĄd wyszedł temu kalendarzowi tylko na zdrowie, bo cała zabawa w tych kalendarzach polega na poszukiwaniu kolejnej kieszonki i odkrywaniu co też ona kryje w sobie. A wg. instrukcji szyciowej kieszonki byłyby po kolei. Bez sensu! Tak więc jest jak jest - inaczej nie będzie :-D
W zbliżeniu wygląda o tak:
Jako element poglądowy, w jednej z kieszonek wylądował lizak czekoladowy. Dość długi, szczerze mówiąc.
Tenże kalendarz jest prezentem dla mojej siostrzenicy.

Zastanawiałam się jak go zapakować. Najprościej byłoby wtrynić w kupną, papierową torbę. Trochę trudniej - opakować papierem, przewiązać kokardą.

Ja poszłam ciut dalej i opakowanie na prezent po prostu szyłam :D

Alicja będzie mieć jakże modny w tym sezonie plecako-worek (czy też może worko-plecak?).
Na pewno przyda jej się na wycieczki. Albo na strój na WF. Albo na skarby. Albo... Sama sobie wymyśli na co :-D
Worek jest raczej solidny i dość wytrzymały, bo do środka dodałam podszewkę:

A tak prezentuje się na plecach poglądowych (Anna robiła za modelkę)
Mam nadzieję, że oba prezenty przypadną najmłodszej pannie w rodzinie do gustu...

A na zakończenie zaległości durnowieszka naścienna w klimacie okołoświątecznym.


Czyli: był sobie panel z bałwanami, szkoda Acie było go ciąć, no to se  strzeliła takie coś naścienne.
W jedynie słusznej i w tym roku obowiązującej wg. Joanny kolorystyce, czyli granat ze srebrnym...
Rozmiar całokształtu: 123 cm na 43 cm. Czyli idealnie wpisuje mi się w kawałek łysej ściany, przy której będzie za czas jakiś stała choinka.
Bałwanki w celu uwypuklenia ich urody, piknęłam z wolnej ręki "doobkoła":
A ramki (jedynie słuszne, czyli biało-srebrne i granatowo-srebrne) srebrną metalizowaną nitką.

No cóż ja mogę rzec? Się pokajać, że przerw takich długich we wpisach już nie będzie? No nie wiem... Poza tym - mało kto już tu zagląda i komentuje, więc...
Nie mnie zadowolona jestem, że przy tak koszmarnie okrojonym czasie jednak czasem coś mi się udaje szyć. Czy to się podoba, czy nie - to już insza inszość :-D


Za zdjęcia dziękuję bardzo mojej starszej córce Joannie :-)

Informacje dla dociekliwych:
Panel na kalendarz z domkami, nici metaliczne i specjalne igły do szycia tymi metalikami kupiłam u TU
Drugi panel kalendarzowy (ten, który najpierw pocięłam, a potem poczytałam instrukcję) do nabycia był (a może i dalej jest) TU 
Panel z bałwanami kupiłam na wyprzedaży na FB od Agi z Wytwórni Śliczności.

niedziela, 29 października 2017

Idzie rak, czyli siła fejsbuka

O facebook'u opinie są skrajne: od zachwytów po totalne zjeżdżanie od góry do dołu.
Osobiście lubię fejsa. To szybka i wygodna platforma do kontaktów ze znajomymi, podglądania ich życia (na tyle, na ile sami na to pozwolą), możliwość dołączenia do interesujących mnie grup tematycznych. 
No właśnie...
Grupy.
Jest taka jedna, najbardziej przeze mnie ulubiona o wdzięcznej nazwie Patchwork po polsku.
Jak człek umie, to pomaga w niej innym, albo pokazuje swoje prace.
Albo jak sam jest w potrzebie, to wrzuca dramatyczny apel pod tytułem: HELPUNKU!!!
No i właśnie ja się znalazłam w sytuacji wymagającej szybkiego helpunku.

Otóż wymyśliłam, że dla pewnej panienki muszę bezwzględnie uszyć poduszkę jako dodatek do prezentu zasadniczego.
Motyw na poduszce miał być bardzo konkretny, a mianowicie RAK. W sensie znak zodiaku.
Szyty metodą PP.
Szukałam po internetach, we własnych zbiorach i NIC!
Zero!
No to machnęłam wpis poszukiwawczy na wyżej wspomnianą grupę i oczywiście nie zawiodłam się :-)
Odzew był natychmiastowy.
Znakami zodiaku zostałam zasypana :-D
Ale tylko jedna osoba sprostała moim wygórowanym wymaganiom.
Grażynka :-)
Dobra ta dusza nie posiadająca skanera, skserowała mi szablony i wysłała je pocztą! Taką zwykłą - naziemną.
Natychmiast po odebraniu jakże dla mnie cennej przesyłki, zasiadłam do szycia i jest!

Raczek jak malowany!
I do tego personalizowany dzięki możliwościom mojej miss Mercedes ;-)

 No i zbliżenie na fragment z bardzo wielu kawałeczków:

Grażynko!
Nie wiem, czy podczytujesz mojego bloga. Nie mniej, bardzo, bardzo Ci dziękuję :-*
Prezent się spodobał.
A ja dzięki Tobie miałam fajną zabawę moją ulubioną metodą PP :-)

I to jest właśnie siła fejsbuka!

Zdjęcia oczywiście autorstwa Joanny :-)

piątek, 27 października 2017

Antyporadnik zakupowicza

No więc...
W dzisiejszym wpisie uświadomię nieuświadomionych, jak nie należy robić zakupów.

Było to jakieś trzy, może cztery tygodnie temu.
Świt blady. Bardzo blady, czyli jakby przed szóstą rano.
Sturlałam się na dół, po spionizowaniu dziecka młodszego i siebie. Bardzo bez zapału, rzecz jasna. Zwłaszcza, że był to najgorszy dzień tygodnia, czyli poniedziałek.
W kuchni był już mój małż, zdecydowanie bardziej ożywiony niż żona własna. Pałaszował śniadanko i płonął chęcią rozmowy.
- Pojedziesz do Lidla?
- Kiedyś na pewno... - burknęła grzecznie żona
- A dziś? - Zgłębiał temat małż.
- NIE! - warknęła słabo ożywiona do życia żona, szykująca strawę do palcówek oświatowych sobie i najmłodszej progeniturze.
- Szkoda... - Rozczarowanie męża zawisło dość zawieście i wymownie w powietrzu
- Bo co? - żona dobra w sumie jest i dialog usiłowała podtrzymać, chociaż powieki same jej opadały na okładane wędliną i warzywem wszelakim buły orkiszowe.
- Bo wiesz, jakbyś była, to byś kupiła..............
- Ok. Kupię. Ale nie dziś, bo się nie wyrobię. - Odparła żona średnio obudzona w poniedziałkowy poranek.
Małżowina się ucieszyła, zapewniła, że zakup absolutnie nie musi być akurat tegoż dnia, byle by był.
Spoko!
No i się tak jakoś porobiło, że żona małża jednak dała radę i wylądowała w Lidlu.
A jadąc do rzeczonego rozmyślała przez całą drogę:
- Co ja do cholery obiecałam kupić??? Za boga ojca nie pamiętam!
W myślach przelatywała ta żona, czyli ja, po półkach i regałach i nic... Najmniejszego przebłysku pamięci...
- Dobra! Zadzwonię i się dowiem.

Zadzwoniłam. Się nie dowiedziałam, bo mężu nie odebrał.

- Trudno! Taki lajf. Popaczam co jest w promocji i pewnie mnie olśni. - Pocieszyłam się beztrosko.

- Hmmmmm... Kiełbasa żywiecka! To może być TO! Biorę.
- O! Masło! To chyba jest bardziej niż żywiecka. Jassssny gwint! Co ja obiecałam kupić?! Ni huhu nie pamiętam! Pomroczność jasna!

Łaziłam po sklepie dość długo, licząc na to, że nagle spłynie na mnie olśnienie...
Nie słynęło...
Polazłam do kasy w poczuciu niespełnienia, zapłaciłam, powlokłam wózek do samochodu, spakowałam graty do bagażnika i wtedy oddzwonił mój ślubny.
- Dzwoniłaś. - Bardziej stwierdził, niż zapytał.
- No! Bo wiesz? Jednak dałam radę i dotarłam do Lidla. I za diabła nie pamiętam, co chciałeś. Wzięłam żywiecką i masło, bo w promocji były.

W telefonie zapadła  głucha cisza. Jakże wymowna...
- Ekhem... Tego... Trafiłam? Chyba nie? To co to ja miałam kupić?

- Wkłady do zniczy...

Kurtyna!

środa, 18 października 2017

Zwyczajne jabłuszka

W zasadzie to nie mam pojęcia co mam napisać.
Jakoś wena mnie opuściła, czy coś?
To może zwyczajnie zacznę od pokazania tego, co skończyłam szyć:


Jak każdy widzi: jabłuszka :-)

Wzór na nie znalazłam w tej gazecie:

Urzekły mnie od pierwszego spojrzenia. No po prostu musiałam je mieć!
I do tego uszyte moją ulubioną metodą PP.
Wzór podany na widelcu, materiały brakujące dokupiłam szybciorem i zaczęłam szyć.


W czasie szycia generuje się ssstraszną ilość śmieci!

Co większe kawałki powybierałam  skrzętnie, a zupełnie malutkie skraweczki powędrowały do kosza na śmieci. I po chwili stół wyglądał zdecydowanie lepiej!

Tak więc mogłam spokojnie usiąść i powydzierać papierki:


Później kanapkowanie, pikowanie i lamówkowanie.
Jeszcze sesja zdjęciowa:



Zbliżenie na pikowanie w stylu leniwy modern ;-)

I już zwyczajne jabłuszka mogły zawisnąć na ścianie i cieszyć oczy.
Nie są duże: to kwadrat o boku 15,5 cala.


Za piękną, jesienną sesję zdjęciową jabłuszek dziękuję Joannie 

To ja idę pomyśleć, co by tu znowu uszyć...

Ps: Wszystkie solidy (oprócz białego) i wypełnienie kupiłam w Kiltowie, u Ewy.

sobota, 14 października 2017

Zbeszczeszczona narzuta

Mam w domu taką jedną kompletnie zakręconą na punkcie flamingów.
Flamingi wiszą na ścianie, ozdabiają łóżko jako poduchy, są "kejsem" na komórce, opanowały bluzki, swetry, pościel.
Ba! Są nawet spinacze do dokumentów w jedynie słusznym, flamingowym kształcie...
Kto nie wierzy, niech zajrzy na blog mojej starszej, opętanej różowymi ptaszorami córki.
Wieszczę, że w przyszłym roku oczarują ją ananasy, vel kaktusy, vel monstery...

Ad rem...
Mamusia rzeczonej opętanej, czyli mła osobiście jest gadżeciarą patchworkową. Lubi mieć przydasie. Szwendając się po stronach mocno zagranicznych, mamusia znalazła szablony do pikowania.
O te: http://bit.ly/2xutrkg
I mamusia zapałała absolutną żądzą posiadania rzeczonych.
- Chuda! Kup mi plisss!
- A po cholerę?!
- Potrzebę mam wydania kasy!
- Doooobra...
- Ej! Uszyję ci narzutę i wypikuję tymi szablonami. Noooooo?!
- Przecież już mi uszyłaś!
- Na zmianę będziesz miała. Nooooo?!
- Doooobra.

Kupiła. Kasę rzecz jasna zwróciłam dziecku.

Perfidna dość byłam, bo materiały na narzutę w JEDYNIE SŁUSZNE FLAMINGI już miałam, pomysł na uszycie też, ale na pikowanie kompletnie nie. Więc te szablony spadły na mnie po prostu jak manna z niebiesiech :-D

Uszyłam i jest:

Najłatwiejsza rzecz pod słońcem: kwadraty z bawełny flamingowej i trzech, dopasowanych mniej więcej kolorystycznie solidów.
Wyszła fajna, optymistycznie letnia, zimowo cieplutka narzuta na zmarzniętego ludzia.
Skończyłam ją wczoraj. To znaczy zmyłam ślady pisaka, którym odrysowałam wzór szablonów
Zaniosłam właścicielce, która leżała złożona (nomen omen) w chińskie es paskudną i wyjątkowo mocną migreną.
Sądziłam, że narzuta poleży do dnia dzisiejszego na fotelu, czekając na sesję zdjęciową.
Gdzie tam!
Od razu została przejęta i użyta człowiekiem obolałym i kotem śpiącym:

Akceptacja w 200%.
Nie powiem, żebym szczęściem zapłonęła, bo narzuta ZBESZCZESZCZONA przed fotografowaniem... Ale niech tam im będzie, tym dwóm padlinom...

Mimo, że deszczyk sobie beztrosko dziś mżył, wywlokłam drabinę na dwór, wtarabaniłam się na nią wraz z aparatem i pstryknęłam fotę z lotu ptaka.

Bez szału i bez szczegółów wyszła, bo światło było delikatnie mówiąc do doopy :-/

Nagle, znikąd pojawił się mistrz drugiego planu. Pozornie znudzony i zniesmaczony panią starszą na drabinie:

Mistrz, czyli Fryderyk Wielki, poszedł zdecydowanym, męskim krokiem do jednego ze świeżo usypanych kopców kreta, rozkopał go i....
I TYMI BRUDNYMI KOPYTAMI WLAZŁ NA NARZUTĘ!!!

ZBESZCZEŚCIŁ JĄ DRUGI SIERŚCIUCH!
I to jak zbeszcześcił!!!

Ta kocia łajza chyba specjalnie wybrała BIAŁE kwadraty i centralnie po nich się przeleciała, zostawiając przecudnej urody błotniste stempelki w kształcie kocich stóp!

- TY ŁACHUDRO!!! Żebym cię więcej tu nie widziała!  WYNOCHA CHOLERO! WOOOOOON!!! - ryknęłam pełną, nauczycielską, acz wklęsłą piersią.
Ferdek poszedł obrażony, a przypadkowy spacerowicz płci męskiej stanął skamieniały przy ogrodzeniu...
Nie widziałam go wcześniej (tego spacerowicza), więc kontynuując wątek, żeby pana nieco uspokoić, równie głośno wydarłam się znowu:
- Ty brudasie! Ogon ci wyrwę!!! Gołymi rękami!
Zupełnie nie wiem, dlaczego pan wyrwał natychmiast, jakby go złe goniło...
Hmmm... Może niezbyt precyzyjnie się wyraziłam komu ja ten ogon chcę wyrwać?
Nieważne...
Skupiłam się w związku z tym na szczegółach pikowania, nie bacząc na wodę kapiącą odgórnie:


Szablony są śliczne. I do wielokrotnego użytku.
Zabawę miałam naprawdę świetną. Takie kontrolowane pikowanie z wolnej ręki :-)

Ponieważ deszcz zaczął padać bardziej konkretnie, cyknęłam jeszcze tylko jedną fotkę "rozkładowo-ławkową" i czmychnęłam do domu
Dla dociekliwych informacja techniczna: rozmiar 135 cm na 180 cm.
Czyli w sam raz do przykrycia ludzia :-)

Ps: Narzutę wyczyściłam, Fred wrócił do domu. Siedzi obok mnie, mruży oczy i mówi:
- I tak mnie kochasz...

No kocham, kocham. Bo nie mam wyjścia :-D

niedziela, 1 października 2017

Moje miejsce

Był sobie wpis, w którym wspomniałam, że coś uszyłam, ale czekam na części składowe cosia.
I pokażę tego "cosia" jak już będzie kompletny.
No i w końcu jest!
Jak wspomniałam w wyżej wymienionym poście, mam nową, cudowną maszynę marzeń.

Każdy, kto wejdzie w posiadanie nowego sprzętu - nieważne jakiego: miksera, odkurzacza, samochodu itp - musi, no MUSI spróbować jak też on działa.
Musi, bo się udusi.

Też musiałam. Wybór uszytka nie był zbyt trudny. Miał być spersonalizowany, czyli taki mój, najmojejszy :-D
Niekoniecznie duży. I niekoniecznie miałaby to być poducha numer pierdylionpińsetstodziewińset.

To teraz mały krok w przeszłość, żeby zrozumiała była dalsza część wpisu.
Otóż dawno temu zaanektowałam na wyłączność jedną z kanap w pokoju tzw. telewizyjnym. Dziergałam na niej hardangery, frywolitki i liczne włóczkowe wytwory drutowe. Później przyszywałam na niej lamówkę do patchworków.
Kanapa została nazwana "kanapą robótkową" i teoretycznie była moja. Tylko teoretycznie, bo często gęsto różne ludzie na niej siadały. A słysząc mój protest, mówiły te ludzie bezczelnie:
- Twoja? A podpisana?
No nie podpisana...

W ubiegłym roku, odmalowałam cały pokój, lekko go przemeblowałam.
Joanna (dziecię me starsze) wyszlifowało mi trzy skrzynki po jabłkach, ja je machnęłam lakierem bezbarwnym i ustawiłam w charakterze półek na książki i gazety patchworkowe. Chyba nie muszę dodawać, że szybko się zapełniły ;-D
Obok stanął fotel, zawisły najzwyklejsze paprotki i nagle okazało się, że właśnie TO jest moje miejsce na ziemi! Moje miejsce! Osobiste!
Nikt na nim szlachetnych czterech liter nigdy nie rozpłaszczył. Nawet koty włażą tylko wtedy, kiedy ja tam siedzę i łaskawie im pozwolę.
Po prostu MOJE święte miejsce!
Dla pewności jednak postanowiłam je oznakować.
Ot tak - na zasadzie strzeżonego pan Bóg strzeże...
W mojej ulubionej gazecie Patchwork Magazin 5/2017 znalazłam pomysł na idealną wizytówkę.
Miałam uszyć ją od razu, ale ciągle coś się innego działo i nie miałam za bardzo czasu (wakacje były, to normalne w moim przypadku).
Ale jak już weszłam w posiadanie mojej Miss Mercedes, to nie było bata!
Właśnie TO musiało być uszyte jako pierwsze na nowej maszynie!
Bo to nie tylko szycie takie normalne, ale również pikowanie z wolnej ręki, czyli lotem nawalonej pczoły.
Chociaż tym razem wspomniana pczoła leciała po konkretnych liniach, narysowanych wcześniej.
No i mam! Tak prezentuje się moje osobiste. prywatne, przytulne i ukochane miejsce na ziemi:

Widać wizytówkę? Trochę słabo...
No to zbliżenie:

Teraz już nikt nie ma wątpliwości, że siadanie na świętym fotelu grozi sssstrasznymi konsekwencjami :-D

Czemu tak długo nie mogłam pokazać mojego pierwszego tworu na nowej maszynie?
No bo czekałam na te szpuleczki :-)
Czyli na dopełnienie do guziczków: 

W całości wygląda to tak:
A w zbliżeniach ło tak:


Tak więc jeszcze raz powtórzę:
Quilter's place jest moim miejscem! 
Podpisanym, oznakowanym i uświęconym szyciem ręcznym oraz czytaniem :-D

Uprzedzam pytania o szpuleczki i o guziczki:
Link do guziczków: http://bit.ly/guziki_krawcowej

Link do szpuleczek: http://bit.ly/szpulki_drewniane

Większość zdjęć w tym wpisie jest autorstwa mojej córki Joanny.

środa, 30 sierpnia 2017

Australia w Warszawie

Człowiek nigdy nie wie i nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka po wyjściu z domu.
Najlepszym przykładem jestem ja osobiście.

Zwykły, wczesny wieczór sierpniowy. Wczoraj.

Pojechałam po moje dziecko starsze do pracy.
Czemu? Bo bardzo późno skończyła Radę Pedagogiczną, a potem jeszcze było spotkanie z rodzicami zerówkowiczów. Tak więc do domu zwinęłaby komunikacją miejską w okolicach godziny 22:00.
Matką osobistą i jej "błękitną szczałą" -  zdecydowanie przed 21:00.
Zajechałam pod szkołę tradycyjnie sporo przed czasem.
Czemu taka tradycja moja? No bo ja jestem dziwnym człowiekiem i wolę być co najmniej pół godziny przed czasem, niż pół minuty po czasie. Poza tym mam jeszcze jedno skrzywienie - lubię czekać... Nieważne gdzie i na co. Bylebym miała na czym siedzieć i co czytać :-D. Wszystko jedno co - książka, gazeta, ogłoszenia, internet.

Tak więc wczoraj również nie było inaczej.

Radyjko gra, internecik w komóreczce działa jak ta lala, zacna, tzw. kolejna gównoburza na fejsbuczku dobrze się zapowiada.
Normalnie żyć nie umierać!

Obok mojego samochodu przycumował młodzieniec w wieku cirkaebałt szósta klasa.
Rozmawiał przez telefon.
Rozmawia, to rozmawia. Co mi do tego.

Oflagowałam się we własnym jeździdle w oczekiwaniu na starszą progeniturę i dobrze mi było.

Przez jakieś dwie, no może trzy minuty...

Słyszę pukanie w szybę.

Młody człek skończył rozmowę przez telefon i zapragnął bezpośredniego kontaktu z ludziem.

Uchyliłam okno i zapytałam grzecznie:
- Słucham.
- Przepraszam panią - powiedział naprawdę przepraszającym tonem - czy pani pomaga zwierzętom?
- Yyyyy... Noooo taaaak... Swoim kotom zawsze. A co?
- A bo pod pani samochodem siedzi królik...

No siedział. Bo mu ciepło w kuperek od nagrzanego silnika było :-D
Potem pokicał na trawnik, a my za nim.


Rudy, co lepiej widać na drugim zdjęciu, kiedy to baranek wypiął się na walący go po oczach flesz:


Króliczek był łagodny, puchaty i pulchniutki. Bez problemu dawał się głaskać i drapać za kłapciatymi uszami.
- To twój królik?
- Nie. On kicał po chodniku i ja za nim szedłem z rowerem, bo się bałem, że pod samochód wpadnie. Raz nawet wyszedł na jezdnię i go musiałem zastawiać kołem, bo się bałem, że go coś przejedzie. A on potem poszedł do pani pod samochód.
- O matko... Skąd on się tu wziął?
- Nie wiem. To już drugi królik, którego tu znalazłem.
- No coś ty?!
- No naprawdę.
- I co zrobiłeś?
- Zabrałem do domu. Tego też wezmę.
- A co na to mama?
- Już wie. Dzwoniłem do niej. Idzie tu i się zgodziła.

W czasie naszej rozmowy, grono pasterzy kłapciasto usznego zwierza z dwóch osób (chłopiec i ja) powiększyło się o jego młodszą siostrę, potem o "wydzwonioną"  mamę, a następnie o moją Chudą.

I tak oto, w środku miasta stołecznego Warszawy, stało sobie pięć osób i debatowało nad tym nie CO zrobić z królikiem, tylko JAK go bezpiecznie odtransportować do domu.
Ostatecznie królik został wpakowany do plecaka, który z dumą niosła na brzuchu siostra chłopca.
Dzieci mają zrobić ogłoszenia i rozwiesić po okolicy. Bo może ktoś się nie pozbywa nadmiaru królików, tylko zwyczajnie komuś prysnął.
Ot taki królik na gigancie.
Chociaż przy poprzednim króliczym znalezisku ogłoszenia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.

W międzyczasie wyjaśniło się, dlaczego chłopiec pomyślał, że pomagam zwierzakom w opałach:
- Bo pani ma samochód z naklejkami ze zwierzętami...

No fakt - mam tego "trochę". Ale głównie koty :-D Bo tylko jedna naklejka jest misiem, który ma na brzuszku beztroski, informacyjny napis: "Nie spieszę się - jadę do pracy".

Kiedy w końcu wracałyśmy do domu, Asia po chwili milczenia powiedziała:
- Ten królik miał być nasz...

No cóż. Faktycznie może i tak. Bo przez lat 9 mieliśmy królika. I mimo, że zszedł był z tego łez padołu dwa lata temu po 11 latach króliczego życia (Ania dostała go jak zwierz był już dwuletni), to do tej pory łapię się na tym, że jak mam coś jadalnego dla królików, to chcę zanieść do kłapoucha.

Powiedziałam do Chudej:
- Też tak sądzę. Ale jak miałam wyrwać dzieciom z rąk zwierzaka? Głupio trochę by było. Poza tym - skoro to taki królkodajny trawnik, to się rozglądaj, jak będziesz z pracy wychodzić :-D

Tak więc - nie zdziwię się, jak moje dziecko starsze wróci z pracy z królikiem w torebce, bo już wiem, że u niej przed szkołą jest Australia. W Warszawie.



sobota, 26 sierpnia 2017

Reforma okiem bibliotekarza

O reformie oświaty na pewno słyszeli wszyscy. Większość wspomnianych słyszących ma jakieś tam zdanie na ten temat.
Jedni są za, inni przeciw.
Pozwolicie, że swoje zdanie zachowam dla siebie.
Jedynie pokażę Wam, jak reforma wygląda od strony podręcznikowej.
Tak fizycznie, nie merytorycznie, bo nie mam ani kompetencji ani chęci na wgłębianie się w treści podręcznikowe.

Kilka lat temu, a dokładnie w 2014 roku, do szkół podstawowych trafiły pierwsze, darmowe podręczniki dla klas pierwszych szkoły podstawowej. Tzw. "Elementarze".
Jak wspomniałam, nie będę się rozpisywać, co one były warte...
Pierwsze klasy miały tego cuda części cztery.
Rok później, czyli drugie klasy miały już części 9 (!), bo jedna część do nauki zintegrowanej była podzielona na dwa kawałki: A i B (czyli 5 książek), a pozostałe 4 części to matematyka.
Klasa trzecia to już nie w kij dmuchał, ponieważ części rozmnożyły się przez pączkowanie do części sztuk 10. Do tychże podręczników dołączony był również tzw. materiał ćwiczeniowy. Oczywiście osobno do nauki przedmiotów zintegrowanych jak i do matematyki.
Poza tym, dzieciaki dostawały  darmowe podręczniki (i ćwiczenia) do nauki języka angielskiego.

Jedynie podręczniki do religii były i dalej są płatne.

W kolejnych latach darmowe podręczniki  swoim zasięgiem obejmowały co raz starsze roczniki.
No i ok.

Dwa lata po wejściu w życie innowacji, na skutek protestów nauczycieli nauczania początkowego, wprowadzono możliwość wyboru podręczników dla klas 1-3 SP.
Trudno się dziwić nauczycielom, że z chęcią skorzystali z takiej możliwości i wybierali inne podręczniki niż osławiony elementarz menowski.
Najczęściej byli to "Tropiciele". Części 5. Do tego ćwiczenia szt. 10 (na dziecko, zaznaczam!)

Czy w związku z tym "Elementarze" dla klas pierwszych, jako niepotrzebne i nieużywane, poszły na makulaturę? Ależ skąd! Ministerstwo i organy prowadzące napisały jasno: jeśli stan podręczników nie budzi zastrzeżeń, należy je zachować i przechować dla kolejnych roczników.
Nieważne, że nikt ich FIZYCZNIE nie chce i nie będzie używać! Mają se być w szkole i już!
A gdzie je przechowywać? No cóż...

Wróćmy do roku szkolnego, który jeszcze się w sumie nie zaczął. Czyli do 2017/18.

REFORMA! Ha!

To dopiero hardcore!

Zmiana programu nauczania dla klas pierwszych i czwartych SP. Drugie, trzecie, piąte i szóste oraz trzecie gimnazjum niezreformowane, ale z darmowymi podręcznikami.

No to weźmy na tapetę klasy pierwsze SP.
Dla przypomnienia - przerabiani byli "Tropiciele".
Jak sobie może pomyśleć zwykły zjadacz chleba? Po bożemu: skoro mamy takież podręczniki z roku ubiegłego, to w tym też dadzą radę, bo nie są zniszczone, zużyte i nadają się do użycia.

Otóż nie! Zjadacz chleba naszego powszedniego się myli!
Bo mamy REFORMĘ!!!
I "Tropiciele" sprzed roku, to teoretycznie inni "Tropiciele" z tegoż.
Teoretycznie.
Bo praktycznie wzięłam do ręki jedną z części i...
I KUŹWA MAĆ RÓŻNI SIĘ!

Czym?

Kolorem okładki, czarodziejskim dopiskiem na tejże NOWI Tropiciele i maleńkim znaczkiem z napisikiem "reforma 2017"
A zawartość? Dokładnie ta sama! Nawet układ na stronie zachowany!





Cudnie, nie?
Podręczniki z ubiegłego roku oczywiście w dalszym ciągu zostają u nas, bo są kupione z pieniędzy na dotacje celowe i nie wolno nam ich wywalić.

Nie miałam czasu, żeby zagłębić się w podręczniki dla klasy czwartej.
Mam prawo sądzić, że też jest analogicznie- lekko zmieniona kolorystyka okładek, a zawartość ta sama...

Klasy siódme - no cóż... Może kalka ubiegłorocznych klas pierwszych gimnazjum?
Też nie sprawdziłam. W nadchodzącym tygodniu pogmeram głębiej w temacie.
Doniosę, jak będziecie zainteresowani.

Do czego zmierzam?
Ano do pokazania Wam, jak wygląda biblioteka na początku nowego roku szkolnego. Ot, darmowe podręczniki same z nieba spadają.
Ostrzegam! Zdjęć jest szt. 10. Dla widzów o mocnych nerwach:













Wczoraj otworzyłam drzwi biblioteki po dwóch spokojnych miesiącach i wmurowało mnie w podłoże...
Nie bacząc, żem w placówce oświatowej, wyjąkałam: O KU...WA! JA PIERDOLĘ!!!

Tjaaaa...



Jak to przełożyć na liczby?

W ubiegłym roku szkolnym wpisałyśmy do inwentarza około pięciu tysięcy podręczników.
W tym ile będzie?
Jeszcze nie wiem, na pewno dużo więcej.
Mamy do ogarnięcia klasy: pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, szóste i siódme SP oraz trzecie gimnazjum i uzupełnienia na wszystkich poziomach (uczniowie się rozmnożyli przez wakacje).

Jak to się przekłada na pogłowie ludzkie? Koszmarnie dużo! Klas czwartych, szóstych, siódmych i gimnazjalnych mamy od "A" do "E" - liczebność po 33 ludzia na klasę.

Nie marudzę, nie narzekam. Taka praca.
Tylko pytam: co do cholery mamy zrobić z podręcznikami, z których nikt już nie będzie korzystał, a mamy ich tysiące?
Chociaż w dalszym ciągu z powodzeniem mogłyby się z nich uczyć kolejne roczniki.
Nie ma żadnych rozporządzeń, nikogo chętnego na te tony śmieci z lat ubiegłych.

Ani szkoły, a co za tym idzie, biblioteki nie są z gumy! Szczególnie te w tak liczebnie uczniami wielkich jak ta moja.
Czy czarodziejski napisik na teoretycznie nowych podręcznikach "reforma 2017" jest przepustką do lepszego świata?
Marnotrawstwo pieniędzy pod pięknym sztandarem REFORMA OŚWIATY!

Zdjęcia "Tropicieli" zaczerpnięte z internetu